RAFAŁ PETERTIL W 'DRUGIEJ STRONIE MEDALU'

Rafał Petertil, legenda wrocławskich sportów walki, a obecnie trener w klubie Gym-Fight był gościem kolejnego odcinka 'Drugiej strony medalu'. Sportowiec w rozmowie z Andrzejem Gliniakiem opowiada o walkach z cięższymi o kilkadziesiąt kilogramów rywalami, jak został prywatnym ochroniarzem Krzysztofa Ibisza i kto nadał mu przydomek 'Waleczne serce'.

- Wreszcie możesz się wyspać?
Rafal Petertil: Oj, bardzo mi tego brakowało (śmiech). Przez wiele lat byłem managerem w firmie ochroniarskiej Fighter Wrocław. Rozliczałem nocki, a przede wszystkim odpowiadałem za tzw. telefon interwencyjny. Dzwonił głównie w nocy, z reguły kilka razy. Po drugiej stronie odzywały się głosy z prośbą o złagodzenie awantury lub rozwiązanie konfliktu. Z racji swojej rozpoznawalności w środowisku, często udawało mi się łagodzić spory przez telefon ale wiele razy musiałem też wstawać z łóżka i jechać na "akcję". Nie pamietam jednego spokojnego weekendu. Najbardziej odczułem to kiedy zostałem ojcem. Mała Laura nie dawała spać, a ja w ramach swojej pracy ciagle musiałem być czujny. Stres, zmęczenie i wieczne wybudzanie spowodowało, że mocno wtedy schudłem i zmizerniałem. Kiedy pojechałem z rodziną na wakację i oddałem komórkę zastępującemu mnie koledze, ten już po kilku dniach błagał, żebym wrócił i odebrał od niego "przeklęty" telefon.

- Największą rozpoznawalność przyniosły Ci jednak walki, a przede wszystkim zwycięstwa na pierwszych w Polsce galach kickbokserskich.
RP: To było wielkie święto dla kibiców sportów walki w całej Polsce. Do tej pory ta dyscyplina była w naszym kraju bardzo egzotyczna. Rywalizację fighterów można było oglądać jedynie w Eurosporcie. Ja sam uczyłem się technik z kaset szkoleniowych Ernesto Hoosta. Tymczasem we Wrocławiu zorganizowano pierwszą w Polsce imprezę na zasadach K-1: "Poland Grand Prix". Pierwszy raz walczono bez ochraniaczy. Hala Orbita pękała w szwach. Na ringu ośmiu wojowników reprezentujących odmienne sztuki walki. Kickboxing, muay-thai, boks czy karate. Nie było też podziału na kategorie wagowe, a różnice między zawodnikami wynosiły nawet 30 kilogramów. Ja ważyłem około osiemdziesięciu. Byłem jedynym wrocławianinem w tej stawce. W turnieju obowiązywał system pucharowy. Zwycięzca walki awansował do kolejnej rundy. W moim narożniku stał Tomek Skrzypek. Nie trenował mnie na codzień, ale zawsze sekundował mi w najważniejszych walkach. To był nasz rytuał. Czułem się pewnie w jego obecności.

W pierwszym pojedynku pokonałem przed czasem Igora Kołacina. W walce o finał moim rywalem był Marcin Różalski, cięższy ode mnie o blisko 30 kilogramów. Po wyczerpującym starciu wygrałem na punkty. Byłem bardzo szczęśliwy. Już i tak sprawiłem wielką niespodziankę a jeszcze  za kilkadziesiąt minut czekał mnie finał. Rywalem Łukasz Jarosz, którego uważam za jednego z najlepszych polskich kickbokserów w historii. Byłem bardzo zmęczony, a do tego potwornie bolała mnie noga. Zaczęła się walka z czasem. Zostałem podłączony do kroplówki i wziąłem środki przeciwbólowe. Bardzo chciałem wygrać ale organizm odmówił posłuszeństwa. Natury nie da się oszukać. Noga cały czas była usztywniona. Przegrałem przez techniczny nokaut. Czułem się jednak moralnym zwycięzca, a dla wrocławskich kibiców byłem bohaterem.

- Sukces sportowy i marketingowy pierwszej gali zaowocował zorganizowaniem kolejnej. Ponownie Wrocław został stolicą sportów walki.
RP: Tym razem imprezę transmitowała wrocławska piątka, wtedy najpopularniejsza telewizja. Okazję obejrzenia wojowników w ringu miał cały Dolny Śląsk. W Hali Orbita znów był komplet widzów. Zasady te same co wcześniej. Ósemka fighterów, zasady pucharowe. W moim narożniku oprócz Tomka Skrzypka był też Wojtek Bartnik, z którym szlifowałem techniki bokserskie. W pierwszej rundzie za rywala miałem Piotrka Lepicha. Wygrałem i awansowałem do półfinału. Tam czekał już na mnie Marcin Najduch, jeden z faworytów całej imprezy.

Do tej pory wspominam tamten pojedynek z łezką w oku. To była chyba jedna z najlepszych walk w mojej karierze. Utytułowany karateka, niesamowicie silny, ważący grubo ponad 100 kg. Teoretycznie byłem na straconej pozycji. Nie po to jednak Bartek Czekański - znany wrocławski dziennikarz - nadał mi przydomek "Waleczne serce", żebym pokazał słabość. Po kilku udanych akcjach uwierzyłem w siebie. Swoje zrobiła także wrocławska publika, która ogłuszającym dopingiem niosła mnie do zwycięstwa. Wygrałem jednogłośną decyzją sędziów. To była sensacja. O zwycięstwo w turnieju zmierzyłem się z Marcinem Różalskim. Tym razem przegrałem. Nie starczyło sił. "Różal" był znacznie świeższy i tym razem ponad 30 kilogramów na jego korzyść zrobiło swoje. Ponownie jednak swoją nieustępliwą postawą zyskałem uznanie wśród miejscowych fanów.

- Po tym sukcesie bez krzty przesady można napisać, że Rafał Petertil stał się jednym z najpopualrniejszych sportowców we Wrocławiu.
RP: Zadziałała magia szklanego ekranu. Miałem swoje pięć minut. Ludzie rozpoznawali mnie z telewizji i prosili o autografy czy wspólne zdjęcia. Lokalne media często zapraszały też na wywiady. Nie było jeszcze wtedy w Polsce Facebooka a inne portale społecznościowe nie miały takiego oddziaływania. Nie wykorzystałem więc swojego potencjału marketingowego tym bardziej, że nigdy nie miałem parcia na szkło. Nie zabiegałem o sławę. Teraz wiem jednak, że sportowy PR jest nieodłącznym elementem kariery zawodniczej. Prowadząc obecnie swój klub Gym-Fight na Nowym Dworze we Wrocławiu , duży nacisk kładę na jego promocję w internecie, bo zdaje sobię sprawę, że w dzisiejszych czasach wiele osób wybiera usługę bardziej popularną, a nie zawsze lepszą. Ktoś kto głośniej krzyczy może "sprzedać" więcej.

Rozmawiał Andrzej Gliniak

Czytaj więcej na TuWrocław

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.